Reklama

Konkurs Połączyła ich Polska

Misjonarz z amazońskiej dżungli

2018-10-16 11:31

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 42/2018, str. IV

Zdjęcia: Archiwum ks. Tomasza Cieniucha

Ks. Tomasz Cieniuch, pracujący od 2014 r. w Peru, o misjach marzył już jako chłopak, odkąd przeczytał książkę Alfreda Szklarskiego „Tomek wśród łowców głów”. Zanim jednak postawił stopę w sercu amazońskiej dżungli, po szkole średniej wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Spędził w zakonie pięć lat i bardzo sobie ceni to doświadczenie. Następnie wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Po święceniach kapłańskich w 1999 r. pracował w Leszczynach, a po dwóch latach wyjechał do pracy misyjnej do Kazachstanu, gdzie przebywał do 2005 r. Potem były inne kieleckie parafie

W czasie posługi w parafii w Łopusznie (był rok 2013 i Tydzień Misyjny) podczas modlitwy poczuł jakiś głęboki impuls, by wyruszyć na misje. Ta myśl była na tyle mocna, że poszedł z nią do bp. Ryczana i powiedział mu o swoim pragnieniu. On dał mu zielone światło. Po roku oczekiwań i przygotowań w Warszawie w Centrum Formacji Misyjnej, pragnienie urzeczywistniło się. 1 czerwca 2014 r. został posłany przez bp. Ryczana na misje do Peru.

Od 2015 r. pracuje w parafii liczącej już 100 lat, w Puerto Ocopa, w wikariacie San Ramón, gdzie mieści się pofranciszkański kościół oraz internat dla chłopców i dziewcząt, w którym pracują siostry franciszkanki. Parafia jest rozległa, liczy siedemdziesiąt wiosek, do których ksiądz dociera drogami szutrowymi, ale przeważnie płynie łodzią po rzekach: Perené, Rio Tambo, Pangá, Ene (Stąd tak cenne była dla niego łódź, jaką mógł zakupić dzięki ofiarom mieszkańców diecezji kieleckiej). Wioski te zamieszkują Indianie z plemienia Ashaninka. Jest tutaj wiele sekt protestanckich i duże zróżnicowanie kulturowe. Tutejszy bp Gerard Žerdin założył prężnie działający Uniwersytet NOPOKI dla Indian. Kształci on obecnie ponad 700 młodych ludzi. Misja zmienia się, nawet rozrasta. W Nuevo Pozuzo na terenie misji Puerto Ocopa podczas tego lata ks. Łukasz Zygmunt, przebywający z klerykami odbywającymi staż misyjny w Peru, poświęcił krzyż misyjny. Tutaj w przyszłości powstanie parafia.

Zawsze jesteśmy tutaj gośćmi

Ks. Tomek dawno wyzbył się swoich wyobrażeń na temat misji. Liczy się obecność. Resztę robi Pan Bóg. – Trzeba kochać tych ludzi, zaakceptować ich takich, jakimi są. My nie jesteśmy tam gospodarzami, zawsze jesteśmy gośćmi u nich. Nie możemy ich zmieniać na siłę. Nie o to chodzi, ile będzie chrztów, Mszy św. ect. Trzeba po prostu autentycznie być z nimi. Oni są nieufni wobec białych i mają do tego podstawy. Są bardzo poranieni przez terroryzm, jaki rozniecił maoistowski Świetlisty Szlak – komunistyczna partyzantka. Zostali wypędzeni z własnej ziemi. Wielu Indian wtedy zginęło. Teraz są ostrożni. Potrzeba czasu, by się otworzyli, zwłaszcza na białego człowieka. Ks. Tomek ma na ogół dobre doświadczenia, ale zdarzają się też trudne, czasem odrzucenie. – Jeździłem do wiosek przed Bożym Narodzeniem, przywoziłem im ryż, panettone (rodzaj babki) i podarunki dla dzieci: zeszyty, kredki, przybory szkolne. Pewnego razu, kiedy przyjechałem do jednej z wiosek, krzyczeli „saca oho”, czyli „łowca organów”. Potem jednak przekonali się, że jestem księdzem, otworzyli się powoli. Skąd ten krzyk? Nie ma się czemu dziwić, że żyją w strachu, ponieważ gangi narkotykowe, a ściślej dawni terroryści ze Świetlistego Szlaku, porywają indiańskie dzieci dla organów. Takie przypadki się zdarzają. Stąd ich wielka nieufność. Pływałem tam regularnie, a jednak pewnego dnia wyrzucili mnie stamtąd z groźbą zabicia. Takie wydarzenia też trzeba umieć przyjąć, to uczy pokory – mówi.

Reklama

O swoich parafianach może mówić bardzo długo. Indianie Ashaninka są na ogół wierni swoim partnerkom, partnerom, bardzo rzadko rozwodzą się (należałoby powiedzieć odchodzą od rodzin, bo to nie zawsze małżeństwa potwierdzone sakramentem). Jeśli zdarza się zdrada, starszyzna upomina delikwenta. Dopiero, gdy to nie skutkuje, wydalają go z wioski. – Mieszkańcy są uczynni. Kiedy poproszę ich, aby przyszli pokosić trawę przy misji, przyjdzie nawet kilkadziesiąt osób. Przy parafii posadziłem plantację bananów. Trochę jest dla nas, resztę sprzedajemy. W ten sposób parafia może się utrzymać, ma na elementarne potrzeby. Ja też im pomagam, angażuję się w prace społeczne. To nas integruje – podkreśla. – Indianie Ashaninka są niestali w decyzjach i bardzo wyczuleni na swoich punkcie. Np. Umawiamy się na konkretny dzień na chrzty, o które bardzo proszą, po czym nikt nie przychodzi. Trzeba to umieć przyjąć. Oni nie żyją na czas, jak Europejczycy, nie noszą zegarków. Kochają wolność, przestrzeń. Lubią pracować na swoim polu. Są słabo wyedukowani, na obowiązek szkolny patrzą przez swój pryzmat. Jeśli dzieci nie chcą iść do szkoły, po prostu idą na pole.

Cierpliwość przede wszystkim

Ks. Tomasz mówi, że cierpliwość jest największą cnotą misjonarza. Długo musiał czekać aż będzie mógł uczestniczyć w zebraniach starszyzny wioski. To ważne gremium, gdzie omawiane są najistotniejsze sprawy, można sporo rzeczy wspólnie ustalić. –W końcu zostałem poproszony na część zebrania i nikt nie miał oporu wyprosić mnie po jakimś czasie – śmieje się. Jednak mieszkańcy potrafią okazać „padre” szacunek. Otrzymał od tutejszych władz strój ludowy oraz koronę ze swoim imieniem. Korona ma trzy pióra, oznaczają one władzę. Ks. Tomasz wspiera swoich parafian, odwiedza ich, przywozi niezbędną żywność, odzież. Z wioski do miasta czasem trzeba płynąć cały dzień, dlatego mieszkańcy są wdzięczni za takie podarunki. W czasie pobytu modli się z nimi, głosi katechezy, sprawuje dla nich Eucharystię, udziela sakramentów, słucha ich problemów.

Misje to również pokonywanie swoich uprzedzeń, nawet kulinarnych, całkowite przestawienie jadłospisu na lokalny. Aby być autentycznym, nie można odmówić wspólnego posiłku, tego czym częstują gospodarze wioski. Ks. Tomasz nie ma oporów przed lokalną kuchnią: zupa z żółwia należy do najdelikatniejszych, czasem są to owady, larwy... I nie z ciekawości, ale z konieczności. Podstawowe wyżywienie to ryż, juka, banany, ryby, czasem drób. Kiedyś w jednej z wiosek miesiąc żywił się tylko bananami, nic innego nie było.

– W Cutivireni raz poszedłem z mieszkańcami łapać żaby. Myślałem, że będziemy chodzić gdzieś przy brzegu, a okazało się, że trzeba było wejść po pachy do rzeki. Nad tobą masa komarów, pająków, mrówek. A ty kilka godzin spędzasz w wodzie, próbując coś złapać... Potem żaby, ktore złapaliśmy, piekliśmy na ognisku. I to był dobry posiłek – wspomina.

Samotna Wigilia i nowy „połów”

Przed Bożym Narodzeniem odwiedziłem mieszkańców Cuitivireni. Nie było prądu, więc odprawiłem Pasterkę o 16. Potem Indianie poszli pić masato (napój alkoholowy o głęboko kulturowym znaczeniu). Jeśli Indianin pyta: „napijemy się masato”, oznacza to, że chce porozmawiać, że cię zaprasza. Wtedy jednak nie zostałem zaproszony. W Wigilię byłem sam. Pamiętam było ciemno już. Miałem tylko kawę i jakieś ciastka. Przy świeczce i latarce czytałem encyklikę Franciszka „Światło wiary” i tak sobie myślałem: – Po co tutaj jestem? Co ja tutaj robię? Przeczytałem tę encyklikę i była ona dla mnie wtedy, w trudnym momencie jakimś pokrzepieniem. My jesteśmy po to, aby świadczyć o Jezusie. Dziś nie przyszli ludzie, nieważne. Może przyjdą jutro.

I potem dzieje się coś takiego, co wyzwala nową nadzieję. – Kiedyś odwiedziłem wioskę na rzece Ene. W tym dniu, kiedy dotarłem, zmarł 11-letni chłopiec. Powiedziałem wówczas do jednego chłopaka: – Pójdźmy tam i pomodlimy się za niego. I tak zrobiliśmy. Potem on zwierzył się: – Księże, ja chcę być animatorem. Coś takiego się we mnie stało w czasie tej modlitwy, że ja muszę tak zrobić.

– Wiem, że od tej pory, gromadzi wszystkie dzieciaki z wioski w każdą sobotę. Czytają Biblię w ashaninka i modlą się wspólne. On robi dla nich katechezy. Edgar – bo tak ma na imię, to moja prawa ręka. Mnie wyrzucili stamtąd, ale on tam jest i ewangelizuje – opowiada ks. Cieniuch.

Posyła mnie Kościół

Podkreśla, że misje odzierają ze złudzeń, z własnych projektów. To Jezus posyła i On prowadzi tę misję. Ta świadomość, że nie jest się „autoposłanym”, ale to Kościół mnie posłał, jest bardzo pomocna – mówi.

Misjonarz wie, że powołanie nie jest stateczną raz wybraną drogą. Raczej ekscytującą i często wymagającą podróżą, rezygnacją ze znanych szlaków, wejściem w nieznane z zaufaniem, że jest przy tobie Chrystus. Ks. Cieniuch odczuwa w sercu wezwanie, by pójść dalej. Breu – rejon dżungli amazońskiej przy granicy z Brazylią, zamieszkiwany przez Indian Ashaninka, plemiona jeszcze nieucywilizowane, żyje tak, jak ich przodkowie. Zachowując rytuały, są wierni swoim tradycjom. Dotrzeć tam można tylko samolotem. Jedyne szlaki komunikacyjne to rzeki. Nie ma żadnych dróg, elektryczności. Już tam był wojskowym helikopterem, zobaczył przyszłe miejsce misji. Zdaje sobie sprawę, że po ludzku musi zostawić wszystko, każde zabezpieczenie. Ale wie, że idzie z Bogiem. To wystarczy.

Tagi:
misja

Z Krymu i Donbasu do Lublina

2018-08-28 12:10

Ks. Mieczysław Puzewicz
Edycja lubelska 35/2018, str. II

ks. Mieczysław Puzewicz
O. Sergij Dmytrijew i abp Stanisław Budzik

O Krymie odebranym Ukrainie 4 lata temu świat nie pamięta, a jeśli już, to w formie mało znaczących apeli do władz rosyjskich. Tak samo jest z Donbasem, gdzie nadal trwają walki, giną żołnierze i cywile. Ponad półtora miliona uchodźców ze wschodu i 70 tys. z Krymu znalazło schronienie w innych częściach kraju.

W Lublinie gościła grupa 40 młodych ludzi z Doniecka, Ługańska i Mariupola, a także z krymskiej Jałty i Symferopola. Ci ostatni to Tatarzy krymscy; granicę pomiędzy pilnowanym przez Rosję półwyspem a Ukrainą przekroczyli z ogromnymi problemami, utajniając cel podróży. Władze rosyjskie zamykają szkoły tatarskie, dążą do rusyfikacji Krymu. Młodzież tatarska wolała nie ujawniać w mediach społecznościowych swojej obecności w Polsce.

Przez kilka wieczorów polska młodzież, skupiona wokół Stowarzyszenia Solidarności Globalnej, słuchała świadectw swoich ukraińskich i tatarskich rówieśników. Były to opowieści o bombach spadających na ich osiedla w Doniecku czy Ługańsku, o szybkiej, często nocnej ucieczce, o pozostawionych krewnych, o tęsknocie za dziadkami czy rodzeństwem, którzy nie uciekli, bo byli za starzy albo zmuszeni do opieki nad chorymi. Przerwali naukę w szkołach albo studia, teraz próbują odnaleźć się w Kijowie lub Lwowie. Niektórzy nie umieli powstrzymać łez.

Na szczęście nie są sami w nowej rzeczywistości. Bardzo pomocne okazały się inicjatywy podjęte przez Eleos, prawosławny odpowiednik polskiej Caritas. Eleos organizuje warsztaty terapeutyczne, podczas których doświadczona wygnaniem młodzież próbuje wyzwalać się z traumy i budować wizje przyszłości. Inną formą działania organizacji jest opieka nad rannymi, przesiedlonymi w głąb Ukrainy czy organizacja jadłodajni dla ubogich w Mariupolu, częściowo zniszczonym w trakcie walk w 2014 r. (starcia trwają do dzisiaj). Eleos, z siedzibą w Kijowie, ma charyzmatycznego przywódcę. O. Sergij Dmytrijew jest prawosławnym księdzem od 1996 r. Kilka lat temu otrzymał „Kartę Polaka”; dziadek pochodził z Podkarpacia. Do wybuchu wojny pracował w Chersoniu, w pobliżu Krymu. W proteście przeciwko inwazji wojsk rosyjskich przeszedł z całą parafią (ponad 2 tys. ludzi) z Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego do Patriarchatu Kijowskiego. Za jego przykładem podobnie postąpiło wielu księży prawosławnych z zajętych przez Rosjan terytoriów.

W czasie pobytu w Lublinie ukraińska młodzież przyjęta została przez abp. Stanisława Budzika; Metropolita otrzymał w darze piękne albumowe wydanie historii Cerkwi Kijowskiej. Przekazał także wyrazy wsparcia dla ofiar wojny i zapewnił o modlitwie za nich. Oprócz zwiedzania miasta nasi goście bardzo cenili sobie poznanie Politechniki i KUL, część z nich myśli o podjęciu studiów na tych uczelniach. W Centrum Spotkania Kultur, wspólnie z Polakami, zorganizowali gest solidarności, przypominający o dramacie Donbasu i Krymu. Wszystko wskazuje na to, że wizyta gości z Ukrainy była pierwszym krokiem do głębszej współpracy ze środowiskiem lubelskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Klasztor Pięciu Braci musiał być gdzieś na terenie dzisiejszego Międzyrzecza

2018-11-13 16:20

Kamil Krasowski

Pierwsi Męczennicy Polski – święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn są patronami naszej diecezji. 13 listopada w Kościele w Polsce obchodzimy ich liturgiczne wspomnienie.

Karolina Krasowska
Wszędzie mówi się o Świętych Męczennikach z Międzyrzecza – wspominają o tym kroniki i lokują klasztor w Międzyrzeczu.

Pierwsi dwaj przybyli z Włoch, troje pozostałych było Polakami. Przybyli na nasze ziemie na początku 1002 r., by prowadzić pustelniczy tryb życia, a przede wszystkim pracę misyjną wśród pogańskich Słowian, co było wspólną decyzją i pragnieniem cesarza Ottona III i króla Bolesława Chrobrego. W nocy z 10 na 11 listopada 1003 r. zostali napadnięci przez zbójców i zamordowani w swoim eremie. Co do jego lokalizacji istnieją dwie główne hipotezy. Część badaczy twierdzi, że klasztor Pięciu Braci Męczenników znajdował się we wsi Święty Wojciech. Inni, wśród nich dr Andrzej Kirmiel, dyrektor Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej w Międzyrzeczu, przekonują, że znajdował się on gdzieś na terenie dzisiejszego Międzyrzecza. - Idea lokująca klasztor we wsi Święty Wojciech pojawiła się dopiero po II wojnie światowej. Wynikało to głównie z faktu, że kojarzono nazwę Święty Wojciech z osobą św. Wojciecha i dlatego tam poszukiwano eremu, jednak mimo trzech dużych sezonów archeologicznych żadnych śladów tam nie znaleziono. Poza tym nazwa Święty Wojciech jako wioska pojawia się dopiero w drugiej połowie XIII w. – wyjaśnia dr Andrzej Kirmiel. - Klasztor musiał być gdzieś na terenie dzisiejszego Międzyrzecza. Ówczesny Międzyrzecz miał ok. 2 – 3 ha powierzchni, więc ci wszyscy, którzy mówią, że klasztor był w pewnym oddaleniu pewnie przenoszą wielkość dzisiejszego 20 – tysięcznego miasta na przestrzeń, którą zajmował 1000 lat temu i wydaje im się, że miejscowość Święty Wojciech jest w pewnym oddaleniu. W realiach XI – wiecznego Międzyrzecza „pewne oddalenie” mogło być po drugiej stronie rzeki Obry, na międzyrzeckim rynku, pod którym jest potężny średniowieczny cmentarz albo jeszcze w innym miejscu. Poza tym wszędzie mówi się o Świętych Męczennikach z Międzyrzecza – wspominają o tym kroniki i lokują klasztor w Międzyrzeczu. Dlatego poprzez wystawę, którą mamy w muzeum staramy się o tym mówić. Podsumowujemy tę wiedzę, która jest nam w tej chwili dana i wyciągamy z tego wnioski. Zależy nam też na tym, żeby pielgrzymi, którzy jadą do Rokitna, przyjeżdżali również do Międzyrzecza, bo to są te dwa miejsce, gdzie bije chrześcijańskie serce regionu. Stąd się chrystianizacja tej części dzisiejszej Polski rozpoczęła i jeżeli chcemy szukać tożsamości lubuskiej czy ją budować, bo jak mówią niektórzy ona dopiero powstaje, to nie da się w jej budowaniu pominąć takich miejsc jak Rokitno czy Międzyrzecz – dodaje dyrektor Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej.

Warto dodać, że kult męczenników zaczął się już od ich pogrzebu, na który przybył biskup poznański Unger. Wkrótce potem, w 1008 lub 1009 r., a więc ok. 5 lat po tragicznych wydarzeniach, św. Brunon z Kwerfurtu spisał „Żywot Pięciu Braci”. Są to pierwsi męczennicy polscy wyniesieni na ołtarze. W poczet świętych wpisał ich papież Jan XVIII. Patronują diecezji zielonogórsko - gorzowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ordo Iuris: Potrzebne regulacje prawne chroniące dzieci przed pornografią

2018-11-13 21:38

mp, ordo iuris / Warszawa (KAI)

Założenia do projektu ustaw o ochronie dzieci przed pornografią w Internecie przedstawił we wtorek na konferencji prasowej Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris. Zaapelował do organizacji pozarządowych i parlamentarzystów o udział w dalszych pracach nad projektem.

fotolia.com

Statystyki pokazują, że ponad połowa dzieci w Polsce ma kontakt z pornografią przed ukończeniem 12. roku życia. Podstawowym źródłem dostępu do niej jest Internet. W odpowiedzi na ten problem Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris proponuje podjęcie prac nad ustawą, która zapewniałaby realną ochronę dzieci. Raport dotyczący zjawiska pornografii wśród nieletnich został zaprezentowany na konferencji prasowej.

Problem ten został zauważony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), która umieściła kompulsywne zachowania seksualne w nowej, zaktualizowanej Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych. Zachowania te mogą powodować znaczne upośledzenie w osobistych, rodzinnych, społecznych, edukacyjnych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania.

Instytut Ordo Iuris przygotował analizę obecnego stanu prawnego na poziomie krajowym i międzynarodowym w zakresie ograniczania dostępu do treści pornograficznych oraz założenia do projektu zmian prawnych, które wzmocniłyby pozycję rodziców w ochronie ich dzieci. Zaproponowane rozwiązania dotyczą korzystania z pornografii w Internecie, czyli tam, gdzie jest ona najszerzej i najłatwiej dostępna. Temu zagadnieniu poświęcony jest raport ,,Dzieciństwo wolne od pornografii. Ochrona małoletnich przed dostępem do treści pornograficznych w Internecie – ocena dotychczasowego stanu prawnego i propozycje rozwiązań”.

Podczas konferencji, na której zaprezentowano analizę głos zabrali eksperci Instytutu – mec. Jerzy Kwaśniewski, dr Błażej Kmieciak, mec. Rafał Dorosiński i Nikodem Bernaciak, a także psycholog Bogna Białecka – Prezes Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii.

Mec. Rafał Dorosiński z Centrum Analiz Instytutu określił, jakie rozwiązania problemu proponuje Instytut.

„Wprowadzenie skutecznej prawnej ochrony dzieci przed internetową pornografią możemy zrealizować zasadniczo dwiema metodami. Pierwsza polega na domyślnej blokadzie stron pornograficznych przez dostawców usług internetowych, możliwej do „zdjęcia” przez dorosłego abonenta tych usług. Druga natomiast zobowiązuje wprost podmioty udostępniające pornografię - serwisy pornograficzne- do skutecznej weryfikacji pełnoletności użytkowników. W Wielkiej Brytanii, która, stanowi podstawowy punkt odniesienia dla proponowanych założeń funkcjonują obie te metody. Co charakterystyczne, pierwsza z nich realizowana jest na zasadzie samoregulacji tzn. bez udziału państwowych regulacji prawnych i instytucji, a w oparciu o zasady przyjęte przez samych dostawców usług internetowych” – powiedział ekspert Instytutu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem