Reklama

Koncert kolęd 2019 nowy termin

Misjonarz z amazońskiej dżungli

2018-10-16 11:31

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 42/2018, str. IV

Zdjęcia: Archiwum ks. Tomasza Cieniucha

Ks. Tomasz Cieniuch, pracujący od 2014 r. w Peru, o misjach marzył już jako chłopak, odkąd przeczytał książkę Alfreda Szklarskiego „Tomek wśród łowców głów”. Zanim jednak postawił stopę w sercu amazońskiej dżungli, po szkole średniej wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Spędził w zakonie pięć lat i bardzo sobie ceni to doświadczenie. Następnie wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Po święceniach kapłańskich w 1999 r. pracował w Leszczynach, a po dwóch latach wyjechał do pracy misyjnej do Kazachstanu, gdzie przebywał do 2005 r. Potem były inne kieleckie parafie

W czasie posługi w parafii w Łopusznie (był rok 2013 i Tydzień Misyjny) podczas modlitwy poczuł jakiś głęboki impuls, by wyruszyć na misje. Ta myśl była na tyle mocna, że poszedł z nią do bp. Ryczana i powiedział mu o swoim pragnieniu. On dał mu zielone światło. Po roku oczekiwań i przygotowań w Warszawie w Centrum Formacji Misyjnej, pragnienie urzeczywistniło się. 1 czerwca 2014 r. został posłany przez bp. Ryczana na misje do Peru.

Od 2015 r. pracuje w parafii liczącej już 100 lat, w Puerto Ocopa, w wikariacie San Ramón, gdzie mieści się pofranciszkański kościół oraz internat dla chłopców i dziewcząt, w którym pracują siostry franciszkanki. Parafia jest rozległa, liczy siedemdziesiąt wiosek, do których ksiądz dociera drogami szutrowymi, ale przeważnie płynie łodzią po rzekach: Perené, Rio Tambo, Pangá, Ene (Stąd tak cenne była dla niego łódź, jaką mógł zakupić dzięki ofiarom mieszkańców diecezji kieleckiej). Wioski te zamieszkują Indianie z plemienia Ashaninka. Jest tutaj wiele sekt protestanckich i duże zróżnicowanie kulturowe. Tutejszy bp Gerard Žerdin założył prężnie działający Uniwersytet NOPOKI dla Indian. Kształci on obecnie ponad 700 młodych ludzi. Misja zmienia się, nawet rozrasta. W Nuevo Pozuzo na terenie misji Puerto Ocopa podczas tego lata ks. Łukasz Zygmunt, przebywający z klerykami odbywającymi staż misyjny w Peru, poświęcił krzyż misyjny. Tutaj w przyszłości powstanie parafia.

Zawsze jesteśmy tutaj gośćmi

Ks. Tomek dawno wyzbył się swoich wyobrażeń na temat misji. Liczy się obecność. Resztę robi Pan Bóg. – Trzeba kochać tych ludzi, zaakceptować ich takich, jakimi są. My nie jesteśmy tam gospodarzami, zawsze jesteśmy gośćmi u nich. Nie możemy ich zmieniać na siłę. Nie o to chodzi, ile będzie chrztów, Mszy św. ect. Trzeba po prostu autentycznie być z nimi. Oni są nieufni wobec białych i mają do tego podstawy. Są bardzo poranieni przez terroryzm, jaki rozniecił maoistowski Świetlisty Szlak – komunistyczna partyzantka. Zostali wypędzeni z własnej ziemi. Wielu Indian wtedy zginęło. Teraz są ostrożni. Potrzeba czasu, by się otworzyli, zwłaszcza na białego człowieka. Ks. Tomek ma na ogół dobre doświadczenia, ale zdarzają się też trudne, czasem odrzucenie. – Jeździłem do wiosek przed Bożym Narodzeniem, przywoziłem im ryż, panettone (rodzaj babki) i podarunki dla dzieci: zeszyty, kredki, przybory szkolne. Pewnego razu, kiedy przyjechałem do jednej z wiosek, krzyczeli „saca oho”, czyli „łowca organów”. Potem jednak przekonali się, że jestem księdzem, otworzyli się powoli. Skąd ten krzyk? Nie ma się czemu dziwić, że żyją w strachu, ponieważ gangi narkotykowe, a ściślej dawni terroryści ze Świetlistego Szlaku, porywają indiańskie dzieci dla organów. Takie przypadki się zdarzają. Stąd ich wielka nieufność. Pływałem tam regularnie, a jednak pewnego dnia wyrzucili mnie stamtąd z groźbą zabicia. Takie wydarzenia też trzeba umieć przyjąć, to uczy pokory – mówi.

Reklama

O swoich parafianach może mówić bardzo długo. Indianie Ashaninka są na ogół wierni swoim partnerkom, partnerom, bardzo rzadko rozwodzą się (należałoby powiedzieć odchodzą od rodzin, bo to nie zawsze małżeństwa potwierdzone sakramentem). Jeśli zdarza się zdrada, starszyzna upomina delikwenta. Dopiero, gdy to nie skutkuje, wydalają go z wioski. – Mieszkańcy są uczynni. Kiedy poproszę ich, aby przyszli pokosić trawę przy misji, przyjdzie nawet kilkadziesiąt osób. Przy parafii posadziłem plantację bananów. Trochę jest dla nas, resztę sprzedajemy. W ten sposób parafia może się utrzymać, ma na elementarne potrzeby. Ja też im pomagam, angażuję się w prace społeczne. To nas integruje – podkreśla. – Indianie Ashaninka są niestali w decyzjach i bardzo wyczuleni na swoich punkcie. Np. Umawiamy się na konkretny dzień na chrzty, o które bardzo proszą, po czym nikt nie przychodzi. Trzeba to umieć przyjąć. Oni nie żyją na czas, jak Europejczycy, nie noszą zegarków. Kochają wolność, przestrzeń. Lubią pracować na swoim polu. Są słabo wyedukowani, na obowiązek szkolny patrzą przez swój pryzmat. Jeśli dzieci nie chcą iść do szkoły, po prostu idą na pole.

Cierpliwość przede wszystkim

Ks. Tomasz mówi, że cierpliwość jest największą cnotą misjonarza. Długo musiał czekać aż będzie mógł uczestniczyć w zebraniach starszyzny wioski. To ważne gremium, gdzie omawiane są najistotniejsze sprawy, można sporo rzeczy wspólnie ustalić. –W końcu zostałem poproszony na część zebrania i nikt nie miał oporu wyprosić mnie po jakimś czasie – śmieje się. Jednak mieszkańcy potrafią okazać „padre” szacunek. Otrzymał od tutejszych władz strój ludowy oraz koronę ze swoim imieniem. Korona ma trzy pióra, oznaczają one władzę. Ks. Tomasz wspiera swoich parafian, odwiedza ich, przywozi niezbędną żywność, odzież. Z wioski do miasta czasem trzeba płynąć cały dzień, dlatego mieszkańcy są wdzięczni za takie podarunki. W czasie pobytu modli się z nimi, głosi katechezy, sprawuje dla nich Eucharystię, udziela sakramentów, słucha ich problemów.

Misje to również pokonywanie swoich uprzedzeń, nawet kulinarnych, całkowite przestawienie jadłospisu na lokalny. Aby być autentycznym, nie można odmówić wspólnego posiłku, tego czym częstują gospodarze wioski. Ks. Tomasz nie ma oporów przed lokalną kuchnią: zupa z żółwia należy do najdelikatniejszych, czasem są to owady, larwy... I nie z ciekawości, ale z konieczności. Podstawowe wyżywienie to ryż, juka, banany, ryby, czasem drób. Kiedyś w jednej z wiosek miesiąc żywił się tylko bananami, nic innego nie było.

– W Cutivireni raz poszedłem z mieszkańcami łapać żaby. Myślałem, że będziemy chodzić gdzieś przy brzegu, a okazało się, że trzeba było wejść po pachy do rzeki. Nad tobą masa komarów, pająków, mrówek. A ty kilka godzin spędzasz w wodzie, próbując coś złapać... Potem żaby, ktore złapaliśmy, piekliśmy na ognisku. I to był dobry posiłek – wspomina.

Samotna Wigilia i nowy „połów”

Przed Bożym Narodzeniem odwiedziłem mieszkańców Cuitivireni. Nie było prądu, więc odprawiłem Pasterkę o 16. Potem Indianie poszli pić masato (napój alkoholowy o głęboko kulturowym znaczeniu). Jeśli Indianin pyta: „napijemy się masato”, oznacza to, że chce porozmawiać, że cię zaprasza. Wtedy jednak nie zostałem zaproszony. W Wigilię byłem sam. Pamiętam było ciemno już. Miałem tylko kawę i jakieś ciastka. Przy świeczce i latarce czytałem encyklikę Franciszka „Światło wiary” i tak sobie myślałem: – Po co tutaj jestem? Co ja tutaj robię? Przeczytałem tę encyklikę i była ona dla mnie wtedy, w trudnym momencie jakimś pokrzepieniem. My jesteśmy po to, aby świadczyć o Jezusie. Dziś nie przyszli ludzie, nieważne. Może przyjdą jutro.

I potem dzieje się coś takiego, co wyzwala nową nadzieję. – Kiedyś odwiedziłem wioskę na rzece Ene. W tym dniu, kiedy dotarłem, zmarł 11-letni chłopiec. Powiedziałem wówczas do jednego chłopaka: – Pójdźmy tam i pomodlimy się za niego. I tak zrobiliśmy. Potem on zwierzył się: – Księże, ja chcę być animatorem. Coś takiego się we mnie stało w czasie tej modlitwy, że ja muszę tak zrobić.

– Wiem, że od tej pory, gromadzi wszystkie dzieciaki z wioski w każdą sobotę. Czytają Biblię w ashaninka i modlą się wspólne. On robi dla nich katechezy. Edgar – bo tak ma na imię, to moja prawa ręka. Mnie wyrzucili stamtąd, ale on tam jest i ewangelizuje – opowiada ks. Cieniuch.

Posyła mnie Kościół

Podkreśla, że misje odzierają ze złudzeń, z własnych projektów. To Jezus posyła i On prowadzi tę misję. Ta świadomość, że nie jest się „autoposłanym”, ale to Kościół mnie posłał, jest bardzo pomocna – mówi.

Misjonarz wie, że powołanie nie jest stateczną raz wybraną drogą. Raczej ekscytującą i często wymagającą podróżą, rezygnacją ze znanych szlaków, wejściem w nieznane z zaufaniem, że jest przy tobie Chrystus. Ks. Cieniuch odczuwa w sercu wezwanie, by pójść dalej. Breu – rejon dżungli amazońskiej przy granicy z Brazylią, zamieszkiwany przez Indian Ashaninka, plemiona jeszcze nieucywilizowane, żyje tak, jak ich przodkowie. Zachowując rytuały, są wierni swoim tradycjom. Dotrzeć tam można tylko samolotem. Jedyne szlaki komunikacyjne to rzeki. Nie ma żadnych dróg, elektryczności. Już tam był wojskowym helikopterem, zobaczył przyszłe miejsce misji. Zdaje sobie sprawę, że po ludzku musi zostawić wszystko, każde zabezpieczenie. Ale wie, że idzie z Bogiem. To wystarczy.

Tagi:
misja

Z Krymu i Donbasu do Lublina

2018-08-28 12:10

Ks. Mieczysław Puzewicz
Edycja lubelska 35/2018, str. II

ks. Mieczysław Puzewicz
O. Sergij Dmytrijew i abp Stanisław Budzik

O Krymie odebranym Ukrainie 4 lata temu świat nie pamięta, a jeśli już, to w formie mało znaczących apeli do władz rosyjskich. Tak samo jest z Donbasem, gdzie nadal trwają walki, giną żołnierze i cywile. Ponad półtora miliona uchodźców ze wschodu i 70 tys. z Krymu znalazło schronienie w innych częściach kraju.

W Lublinie gościła grupa 40 młodych ludzi z Doniecka, Ługańska i Mariupola, a także z krymskiej Jałty i Symferopola. Ci ostatni to Tatarzy krymscy; granicę pomiędzy pilnowanym przez Rosję półwyspem a Ukrainą przekroczyli z ogromnymi problemami, utajniając cel podróży. Władze rosyjskie zamykają szkoły tatarskie, dążą do rusyfikacji Krymu. Młodzież tatarska wolała nie ujawniać w mediach społecznościowych swojej obecności w Polsce.

Przez kilka wieczorów polska młodzież, skupiona wokół Stowarzyszenia Solidarności Globalnej, słuchała świadectw swoich ukraińskich i tatarskich rówieśników. Były to opowieści o bombach spadających na ich osiedla w Doniecku czy Ługańsku, o szybkiej, często nocnej ucieczce, o pozostawionych krewnych, o tęsknocie za dziadkami czy rodzeństwem, którzy nie uciekli, bo byli za starzy albo zmuszeni do opieki nad chorymi. Przerwali naukę w szkołach albo studia, teraz próbują odnaleźć się w Kijowie lub Lwowie. Niektórzy nie umieli powstrzymać łez.

Na szczęście nie są sami w nowej rzeczywistości. Bardzo pomocne okazały się inicjatywy podjęte przez Eleos, prawosławny odpowiednik polskiej Caritas. Eleos organizuje warsztaty terapeutyczne, podczas których doświadczona wygnaniem młodzież próbuje wyzwalać się z traumy i budować wizje przyszłości. Inną formą działania organizacji jest opieka nad rannymi, przesiedlonymi w głąb Ukrainy czy organizacja jadłodajni dla ubogich w Mariupolu, częściowo zniszczonym w trakcie walk w 2014 r. (starcia trwają do dzisiaj). Eleos, z siedzibą w Kijowie, ma charyzmatycznego przywódcę. O. Sergij Dmytrijew jest prawosławnym księdzem od 1996 r. Kilka lat temu otrzymał „Kartę Polaka”; dziadek pochodził z Podkarpacia. Do wybuchu wojny pracował w Chersoniu, w pobliżu Krymu. W proteście przeciwko inwazji wojsk rosyjskich przeszedł z całą parafią (ponad 2 tys. ludzi) z Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego do Patriarchatu Kijowskiego. Za jego przykładem podobnie postąpiło wielu księży prawosławnych z zajętych przez Rosjan terytoriów.

W czasie pobytu w Lublinie ukraińska młodzież przyjęta została przez abp. Stanisława Budzika; Metropolita otrzymał w darze piękne albumowe wydanie historii Cerkwi Kijowskiej. Przekazał także wyrazy wsparcia dla ofiar wojny i zapewnił o modlitwie za nich. Oprócz zwiedzania miasta nasi goście bardzo cenili sobie poznanie Politechniki i KUL, część z nich myśli o podjęciu studiów na tych uczelniach. W Centrum Spotkania Kultur, wspólnie z Polakami, zorganizowali gest solidarności, przypominający o dramacie Donbasu i Krymu. Wszystko wskazuje na to, że wizyta gości z Ukrainy była pierwszym krokiem do głębszej współpracy ze środowiskiem lubelskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Jerzy Owsiak na bakier z Kościołem i patriotyzmem

2014-06-10 14:43

Jerzy Robert Nowak
Niedziela Ogólnopolska 24/2014, str. 42-43

TOMASZ URBANEK/DDTVN/EAST NEWS
Jerzy Owsiak

Niedawno ogłoszono, że laureatem plebiscytu „Ludzie Wolności”, organizowanego przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, w kategorii „społeczeństwo” został Jerzy Owsiak. Dla wielu osób była to wiadomość szokująca ze względu na ogromną kontrowersyjność tej postaci. Powszechnie znana jest rola Jerzego Owsiaka jako najgłośniejszego propagatora „luzu”, amoralnej zasady „róbta, co chceta”. Wielokrotnie wskazywano również, jak za jego rzekomą apolitycznością i ogromnie nagłaśnianą przez media ideą charytatywnej zbiórki pieniędzy kryje się jednoznaczna stronniczość na rzecz lewej części sceny politycznej. W tym tekście chciałbym skrótowo pokazać niektóre – nie dość znane – fakty, ilustrujące wyraźne uprzedzenia Owsiaka wobec Kościoła i Polaków jako narodu.

Antykościelne fobie

Jerzy Owsiak jest synem pułkownika milicji, zajadłego ateisty. Jego ojciec w pisanych przez siebie życiorysach akcentował swój negatywny stosunek do duchowieństwa katolickiego, określając je jako „szkodnika państwa demokratycznego” (P. Lisiewicz, M. Marosz, „Ten, który zniszczył bunt”, „Nowe Państwo”, ½013). Niewierząca była również matka Owsiaka (por. M. Narbutt, „Człowiek orkiestra”, „Rzeczpospolita” z 31 stycznia – 1 lutego 2004 r.).

Pomimo wychowania w ateistycznej rodzinie Owsiak deklarował się jako „niechodzący do kościoła katolik” (M. Narbutt, tamże). O tym, jaki jest faktyczny stosunek Owsiaka do Kościoła, najwymowniej świadczy fakt, że na początku lat 90. Owsiak ogłaszał jako hymn w programie „Róbta, co chceta” antyklerykalną piosenkę „Hipisówka” zespołu „Kobranocka” (por. P. Lisiewicz, „Seks zamiast armat”, „Gazeta Polska” z 3 stycznia 2007 r.). Piosenka w obrzydliwy wręcz sposób lżyła Kościół i duchownych. Dość zacytować choćby taki fragment:

„Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych,
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany.
Wiara w cud, mrowie złud,
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą,
Dokąd pójść, zewsząd gnój,
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą”.

I jakoś dziwne wyszydzanie w piosence „lęku klech na głupotę przekuwanego”, „wiary w cud” nijak nie przeszkadzało „katolikowi” Owsiakowi. Promowanie antykościelnej „Hipisówki” u Owsiaka nie było czymś odosobnionym. Grzegorz Wierzchołowski wspominał: „Na pierwszej edycji Przystanku w 1995 r. gromkie brawa wśród części publiczności zebrał np. lewacki zespół «Hurt», śpiewając m.in.: «Zdejmij ten krzyż, on przeszkadza ci, zdejmij ten krzyż, wyrzuć go za drzwi»” („Przystanek Postęp”, „Gazeta Polska” z 29 sierpnia 2007 r.).

W wywiadzie dla czasopisma „Zdrowie” „katolik” Owsiak wprost wyszydzał wiarę w cudowne powstanie człowieka, mówiąc m.in.: „Ludzie za granicą mnie pytają: «Czy naprawdę u was w rządzie myślą, że człowiek powstał wyłącznie w sposób cudowny?». Co ja mam odpowiadać? Jak głupoty opowiada ktoś w autobusie, można się odwrócić. Ale kiedy to mówią politycy – trzeba reagować” (za postkomunistycznym „Przeglądem” z 14 stycznia 2007 r.).

Szokujący był fakt, że „katolik” Owsiak jakoś szczególnie nietolerancyjny był wobec Kościoła katolickiego, podczas gdy równocześnie był bardzo łaskawy wobec innych wyznań, zwłaszcza wobec sekty Hare Kryszna. Socjolog Jacek Kurzępa komentował: „Pan Owsiak z niewiadomych powodów toczy boje z Przystankiem Jezus, podczas gdy bez oporów przyzwala na aktywność sekty Hare Kryszna, która ponad 20 lat temu została uznana za szczególnie niebezpieczną przez Parlament Europejski. Hare Kryszna zaprasza woodstockową młodzież do udziału w procesjach, oferuje tanie posiłki, wabi do swojej świątyni, z której dobiegają dźwięki modlitwy i mantry. Ludzie nie rozumieją, że uczestniczą w rytuałach sekty. Ten kryptoprzekaz oceniam jako bardzo subtelną, ale niebezpieczną promocję Hare Kryszny” (wywiad A. Mikołajczyka z dr. J. Kurzępą pt. „Świat według Owsiaka”, „OZON” z 2 sierpnia 2008 r.). Trzeba stwierdzić, że dr Kurzępa (dziś już profesor) miał rację. Na tle życzliwego stosunku Owsiaka do sekty Hare Kryszna tym bardziej szokujący był jego nader niechętny stosunek do Przystanku Jezus. Po kilku latach tarć i trudnych rozmów w końcu doszło do ostatecznego konfliktu z winy Owsiaka. W marcu 2003 r. Jerzy Owsiak w wypowiedzi dla „Gazety Lubuskiej” (powtórzonej później przez KAI) powiedział, że „nie chce widzieć na Przystanku Woodstock namiotu i duchownych z Przystanku Jezus”. Na uwagę ks. Draguły, że organizatorzy Przystanku Jezus spełnili już w zeszłym roku wszystkie warunki Owsiaka, szef WOŚP warknął: „Powiedzmy, że w tym roku odbiła mi palma”. Wśród zbieraniny młodych na Woodstocku nader silnie uzewnętrzniały się nastroje antykatolickie. W czasie Przystanku Woodstock w 1999 r. pod adresem młodzieży z Przystanku Jezus, która szła w Drodze Krzyżowej, „posypały się wyzwiska ze strony zbuntowanych punków. Poleciało też kilka butelek” (M. Majewski, „Żar stu tysięcy”, „Rzeczpospolita” z 7 sierpnia 1999 r.). Wielokrotnie dochodziło do profanowania krzyża przy namiocie na Przystanku Jezus. Zdziczali młodzi ludzie rzucali w niego puszkami od konserw i wyszydzali go (por. M. Jeżewska, M. Marosz, D. Łomicka, „Przystanek Woodstock – profanują krzyż”, „Gazeta Polska Codziennie” z 3 sierpnia 2013 r.). Ze szczególną zajadłością Owsiak atakował Radio Maryja i o. Tadeusza Rydzyka. Po publikacji we „Wprost” osławionych „taśm Rydzyka” pisał w liście do prezydenta i premiera: „Słowa o. Rydzyka mogę tylko porównać z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami partyjnych bonzów III Rzeszy (...). Jest tak głupio znowu wstydzić się za ten kraj” („Gazeta Wyborcza” z 11 lipca 2007 r.).

Owsiak: „Polacy są straszliwymi rasistami”

W 2000 r., w czasie ogromnego kryzysu prawicy w związku z upadkiem AWS-u, Jerzy Owsiak pozwolił sobie na publiczne ujawnienie całej fobii wobec swego narodu. Zrobił to w wywiadzie dla tropiącego „nacjonalizm” i „antysemityzm” antyfaszystowskiego czasopisma „Nigdy Więcej”, mówiąc m.in.: „Polacy są straszliwymi rasistami. Szowinizm narodowy jest obecny w Polsce i nie jest to wcale bardzo marginalne zjawisko. Potwierdza to np. program Wojciecha Cejrowskiego «WC Kwadrans» (...). Polacy lubią być rasistami, chcą polepszyć przez to swój wizerunek, swoją własną wartość. (...) Duży udział w tym ma np. Kościół, który, nie rozumiejąc pewnych rzeczy, stawia kropkę nad «i». (...) Jesteśmy bardzo nietolerancyjni w stosunku do osób innej wiary. (...) Polacy są okropnymi rasistami (wywiad A. Zachei z J. Owsiakiem pt. „Trzeba być konsekwentnym”, „Nigdy Więcej”, 1½000). W wywiadzie znalazło się jeszcze odpowiednie określenie Polski w porównaniu z innymi krajami, zdaniem Owsiaka – „Polska... to zaścianek”.

Owsiaka pogarda dla Polski

Można tylko żałować, że te niemądre uogólnienia Owsiaka są tak mało znane w Polsce, bo na pewno pomogłyby w podważeniu jego mitu. Przypomnijmy jednak, że kilkakrotnie nawet podczas publicznych spotkań posuwał się on do otwartego wypowiedzenia jakiejś obrzydliwej opinii o Polsce. Oto kilka przykładów. 8 czerwca 2001 r. w Żarach, podczas publicznego spotkania zorganizowanego przez władze miasta i w ich obecności, Owsiak wypowiedział słowa: „W Polsce, tym pieprzonym kraju, zawsze będą narkotyki” (MZM, „Polska to «piep... kraj»”, „Nasza Polska” z 19 czerwca 2001 r.). Oburzony wypowiedzią Owsiaka Krzysztof Błażejczyk skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art.133, polegającego na znieważeniu Ojczyzny. Wkrótce okazało się jednak, że prokuratura, decyzją z 31 lipca 2001 r., odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie znieważenia narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. Pismo prokuratury nie zawierało żadnej argumentacji (por. A. Echolette, „Nie obraził Narodu”, „Nasza Polska” z 21 sierpnia 2001 r.). Do ponownego plugawienia imienia Polski przez Owsiaka doszło na Przystanku w Woodstock w 2003 r. Andrzej Poray tak pisał na ten temat: „«Polska to pop... kraj. Żyjemy w pop... kraju» – tymi słowami lider Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak otwierał Przystanek Woodstock. Wykreowany przez lewicowe media «autorytet» i później nie szczędził wulgarnych, agresywnych słów pod adresem Ojczyzny” („Owsiak i jego armia”, „Nasza Polska” z 12 sierpnia 2003 r.).

Dziennikarz „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski wspominał podobnie ohydne wystąpienie Owsiaka: „To był 2002 lub 2003 rok. Jeden z Przystanków Woodstock, jakie jako dziennikarz relacjonowałem (...). Mija godzina 17-ta. W tym czasie w wielu miastach Polski ludzie stają na baczność, w milczeniu oddając hołd Powstańcom Warszawskim. A w Żarach na scenę wychodzi Owsiak. (...) I dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzeszczy do tych młodych zgromadzonych pod sceną obraźliwe słowa pod adresem Polski, coś, że pieprzy Polskę, że Polska to… i tu padają bardzo wulgarne słowa. (...)” („Jerzy Owsiak publicznie zbluzgał mój kraj, czyli jak szef WOŚP «oddał hołd» Powstaniu Warszawskiemu”, www.niezlomni.com, dostęp z 11 stycznia 2014 r.). W czasie gdy mamy tak wielkie zaległości w odsłanianiu przemilczanej najnowszej historii, dziejów Żołnierzy Wyklętych czy prześladowań politycznych doby stanu wojennego, Owsiak perorował: „Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi pomnikami ku czci i chwale, z tym wiecznym gadaniem, co kto zrobił 30 lat temu” (wywiad M. Szymaniaka z J. Owsiakiem pt. „Mam dość pomników ku czci i chwale”, „Życie Warszawy” z 25-26 sierpnia 2007 r.).

Szerszy portret J. Owsiaka znajduje się w świeżo wydanym 3. tomie mojej książki „Czerwone dynastie przeciw Narodowi i Kościołowi”, którą można zamówić – tel. 608-854-215 i e-mail: maron@upcpoczta.pl) J.R.N.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości już w Panamie

2019-01-22 21:17

pb (KAI Panama) / Panama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości są już w Panamie. Na 34. Światowe Dni Młodzieży przybyły osoby, które właśnie przypłynęły tam na żaglowcu „Dar Młodzieży”, jak również te, które wcześniej uczestniczyły w poszczególnych etapach podróży. – Panama jest piękna! – mówią w rozmowie z KAI.

Krzysztof Tadej

„Dar Młodzieży” pozostanie w stolicy Panamy do 28 stycznia. Cumuje w porcie Balboa, znajdującym się w pobliżu wejścia do Kanału Panamskiego od strony Oceanu Spokojnego. Uczestnicy rejsu zaprosili na pokład żaglowca papieża Franciszka, który będzie przebywał z wizytą w Panamie w dniach 23-27 stycznia.

- Chcemy być młodymi ambasadorami Polski – powiedziała KAI Dominika Hoft ze Środy Wielkopolskiej. Dodała, że już sam fakt udziału w Rejsie Niepodległości był wielkim zaszczytem, bo „mogliśmy w różnych portach świata mówić o Polsce, o tym, jaka jest piękna”. - Chcemy się tym podzielić także tutaj, w Panamie. To w końcu u nas dwa i pół roku temu odbyły się poprzednie Światowe Dni Młodzieży. Jest to dla nas fajne podsumowanie tego czasu i wykorzystamy to w stu procentach – podkreśliła Dominika, która na koszulce miała napis: „Bądź spokojny, Bóg czuwa i wie, co robi”.

- Ludzie w różnych krajach nas rozpoznawali i pytali o Polskę – zaznaczyła Anna Konopka z Krakowa. Rejs Niepodległości nazwała niesamowitą inicjatywą, dzięki której świętowała niepodległość „całym ciałem i duchem”.

Przyznała, że pierwszy raz miała okazję być na statku i poczuła na własnej skórze trudy z tym związane, które ją jednak umocniły.

Wyjaśniła, że rejs był podzielony na dziewięć odcinków i poszczególne grupy uczestników uczestniczyły w jednym z nich. Ale zwieńczeniem całego rejsu są Światowe Dni Młodzieży, dlatego do Panamy przylecieli wszyscy, którzy płynęli w Rejsie Niepodległości.

- Kiedy w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie papież ogłosił, że kolejne odbędą się w Panamie, to zamarzyłam, że chcę tam być, choć wydawało się to czymś dla mnie niemożliwym – zwierza się Agnieszka Szymczyk z Kielc. - Ale kiedy poszłam na studia, zobaczyłam ogłoszenie o konkursie na udział w Rejsie Niepodległości, którego kulminacją miał być właśnie pobyt na ŚDM w Panamie. Zgłosiłam się, choć z żeglowaniem nie miałam nigdy żadnej styczności. Mieszkam w województwie świętokrzyskim, więc nigdy nie sądziłam, że będę marynarzem, że będę wchodziła na reję, że będę myła pokłady i że poznam tylu niesamowitych ludzi. To niezwykłe doświadczenie i przygoda. Po dwóch i pół roku przyleciałam do Panamy ze znajomymi z Rejsu Niepodległości i mam zaszczyt uczestniczyć w tych wydarzeniach – opowiada Agnieszka.

Pytana, co trzeba było zrobić, żeby wygrać konkurs na udział w rejsie, tłumaczy, że składał się on z dwóch etapów. - Pierwszym było dodanie na Facebooku zdjęcia, które przedstawiało naszą małą ojczyznę, miejsce, do którego jesteśmy przywiązani, i zbieranie lajków od znajomych. Kto przeszedł do drugiego etapu, uczestniczył w Warszawie w konkursie wiedzy z zakresu Biblii, żeglugi i historii Polski. Po drugim etapie zostali wyłonieni zwycięzcy – wyjaśniła Szymczyk.

„Dar Młodzieży” wyruszył z Gdyni 20 maja 2018 r. W czasie całego rejsu przez jego pokład przewinie się niemal 1000 uczestników. Przybili lub jeszcze przybiją w sumie do 22 portów w 18 państwach świata na czterech kontynentach. Do Gdyni żaglowiec wróci 28 marca br.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem