Reklama

Sport

Marzenia się spełniają

Czesław Lang

Krzysztof Tadej

Czesław Lang

9 sierpnia rozpocznie się 78. Tour de Pologne. O szczegółach tego słynnego wyścigu, a także o karierze kolarskiej, filozofii życia i Panu Bogu opowiada Niedzieli Czesław Lang – dyrektor Tour de Pologne, wicemistrz olimpijski i dwukrotny medalista szosowych mistrzostw świata.

Krzysztof Tadej: Czym w tym roku zaskoczy Pan miłośników kolarstwa w Tour de Pologne?

Czesław Lang: Staramy się, żeby każdy wyścig był interesujący, ciekawy i rzeczywiście zawsze przygotowujemy coś zaskakującego. Emocji sportowych na pewno nie zabraknie, postarają się o to kolarze. Nasz wyścig należy do cyklu UCI World Tour, czyli do najważniejszych zawodowych wyścigów kolarskich świata. To taka kolarska liga mistrzów. Dzięki temu do Polski przyjadą najlepsi kolarze.

Obok rywalizacji sportowej chcemy pokazać światu piękną Polskę; wspaniałe miejsca, które są prawie nieznane. Dlatego długo i starannie planujemy poszczególne etapy. Cieszę się, że w tym roku Telewizja Polska jeszcze bardziej się zaangażowała i będzie pokazywała całe etapy – od startu do mety. Niektóre transmisje będą trwały ponad 5 godzin. Z tego, co wiem, prawa do pokazywania wyścigu kupiło już wiele krajów, m.in. państwa Ameryki Południowej i kraje afrykańskie. Będzie to niesamowita promocja Polski.

Reklama

W tym roku Tour de Pologne dojedzie do miejsc, w których dawno nie było tak prestiżowego wyścigu...

Startujemy w Lublinie. Na początku kolarze przejadą przez Lubelszczyznę, Roztocze do Chełma. Drugi etap rozpoczniemy w perle renesansu, czyli w przepięknym Zamościu, a skończymy w Przemyślu – mieście o ogromnych tradycjach i fascynującej historii. Trzeci etap rozpocznie się w Sanoku. Kolarze pojadą do Zagórza, Leska, Ustrzyk Dolnych i trudnej premii górskiej w Kalwarii Pacławskiej – miejscowości, w której znajduje się słynne franciszkańskie sanktuarium Matki Bożej. Później zawodnicy pojadą do Kańczugi, Łańcuta i zakończą etap w Rzeszowie. W kolejnych dniach rywalizacja będzie się odbywała m.in. w: Tarnowie, Bukowinie, Bielsku-Białej, Katowicach, Zabrzu i Krakowie. Już teraz jestem bardzo zadowolony z entuzjazmu, który towarzyszy wyścigowi. Ludzie w tych miejscowościach dopytują o szczegóły i są szczęśliwi, że zobaczą znakomitych kolarzy.

To nie będzie łatwe ściganie.

Kolarze z 22 drużyn przejadą 1140 km. Wyścig będzie trudny, wymagający. Zawodnicy będą musieli np. pokonać podjazdy o nachyleniu ponad 15%. Taki podjazd znajduje się chociażby przed metą w Przemyślu.

Ile trwa przygotowanie takiego wyścigu?

Ponad rok. W tej chwili już uzgadniamy szczegóły wyścigu w 2022 r. To ogromne przedsięwzięcie logistyczne, które wymaga wielkiego nakładu pracy i rozwiązania problemów. Ale później, już w czasie wyścigu, wszystko rekompensuje widok uśmiechniętych, zadowolonych kibiców. W ciągu 5-7 dni na ulice polskich miast, miasteczek i wsi wychodzi prawie 3 mln ludzi. To właśnie dla nich tak ciężko pracujemy.

Reklama

Czesław Lang nigdy nie powiedział sam do siebie: „Po co mi to wszystko? Tyle problemów, tyle trudności...”.

Były i takie momenty. Wiadomo np., że organizacja wyścigu wymaga dużych pieniędzy. Podstawą są umowy sponsorskie. Jeśli przez wiele tygodni negocjujemy umowy, a potem są one podpisywane, to wszystko wydaje się proste. Ale bywały takie sytuacje, że zmieniał się zarząd jakiejś firmy i na 3 dni przed rozpoczęciem wyścigu zrywano umowę. To były trudne chwile, jednak nie najtrudniejsze.

Jaka była najtrudniejsza sytuacja? Śmierć młodego kolarza Bjorga Lambrechta w 2019 r.?

Są zdarzenia losowe, których nie da się przewidzieć i im zapobiec. Do nich należy śmierć Bjorga – zdolnego, sympatycznego, wspaniałego kolarza. To był szok, którego nie można opisać słowami. Do dzisiaj nie znamy przyczyny, dlaczego nagle skręcił z jadącego peletonu, wjechał do rowu i uderzył w betonowe przęsło.

Po tym śmiertelnym wypadku przez całą noc zastanawialiśmy się z kolarzami, sędziami, dyrektorami sportowymi poszczególnych drużyn, co należy dalej robić. Podjąłem decyzję, że kolejny etap będzie etapem żałoby. W wielkich wyścigach robi się minutę ciszy i wyścig jedzie dalej. U nas zrezygnowaliśmy z reklam, kolorowych banerów, wszystko zmieniliśmy w nocy na barwy czarno-białe. Pamiętam na trasie etapu szpalery ludzi. Dorośli trzymali biało-czerwone flagi z żałobnym kirem, dzieci – serduszka z numerem Bjorga Lambrechta. Gdy mijaliśmy kolejne miejscowości, w kościołach biły dzwony. Tysiące ludzi pokazało ogromną wrażliwość. To była piękna Polska – zjednoczona w bólu.

Często Polacy są samokrytyczni. Niejednokrotnie sami siebie dołujemy. Mamy kompleksy, że jesteśmy gorsi niż inne narody. Ale to nie jest prawda, m.in. to wydarzenie pokazało, jak Polacy potrafią się pięknie zachować, okazując współczucie.

Osobiście bardzo trudno było mi przeżyć ten dramat. W takich momentach, w chwilach, gdy pojawia się mnóstwo problemów, proszę Boga o pomoc. Mówię: „Panie Boże, Panie Jezu, nie mam już sił. Pomóż mi. Ty się tym zajmij”. To daje spokój i wiarę w przetrwanie najtrudniejszych sytuacji.

Jako czynny kolarz modlił się Pan w czasie wyścigów?

Wyścig to rywalizacja, walka, realizowanie taktyki. Myślę jednak, że można tak powiedzieć: podczas wyścigów jeździłem z Panem Jezusem. Gdy było bardzo niebezpiecznie, odmawiałem krótkie modlitwy.

Kolarstwo jest sportem, który wymaga odwagi i podejmowania ryzyka. Na zjazdach np. w wyścigach Tour de France czy Giro d’Italia są takie odcinki, że jeździ się z prędkością ponad 100 km/h. A jedzie się na delikatnym rowerze i na wąskich oponach. Rower w zasadzie opiera się na oponce, która ma 3 cm z przodu i 3 cm z tyłu. Często gdy wchodzi się w zakręt, nie wie się, czy dalej jest piasek, mokry asfalt czy rozlana oliwa. W takich sytuacjach człowiek wzdycha do Boga. Ale również wtedy, gdy pojawiają się skrajne temperatury – raz się jedzie w 40°C, a po chwili wjeżdża się w góry, gdzie leży śnieg.

Tak było np. w czasie wyścigu Giro d’Italia w 1988 r., podczas etapu z Chiesa in Valmalenco do Bormio?

Tego etapu nie zapomnę do końca życia! Wyścig nie był długi, miał zaledwie 120 km, ale musieliśmy pokonać 5 szczytów. Każdy o wysokości ponad 2 tys. m n.p.m. Przez cały dzień padał deszcz. Jak wjechaliśmy wyżej, deszcz zamienił się w śnieg. Ostatnie 10 km podjazdu pod górę Passo di Gavia jechaliśmy już po śniegu. Zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Po lewej stronie drogi były skały, a po prawej – ogromna przepaść. Nie było tam barierek, bo nie była to droga publiczna. W pewnym momencie pojawiła się mgła i w zasadzie nic nie było widać. W takich sytuacjach pobożność wzrasta. Człowiek prosi Boga o pomoc.

W grupie kolarzy, w której jechałem, był Lech Piasecki. Razem jakoś wjechaliśmy na górę, a tam kibice, widząc, co się dzieje, zaczęli nas ubierać w swoje kurtki. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem, że 15-20 kolarzy, twardych facetów, płakało z powodu ogromnego wyziębienia. „Piasek” (Lech Piasecki) tak zmarzł, że gdy zobaczył samochód naszej ekipy, to do niego wskoczył, zamknął się od środka i powiedział, że nie wyjdzie. Masażyści go jakoś wyciągnęli i zaczęliśmy zjeżdżać w dół. Rowery się ślizgały. Niektórzy kolarze schodzili z rowerów i szli pieszo.

To niespotykana, szokująca sytuacja...

Z Leszkiem Piaseckim udało się nam zjechać i jakoś dobrnęliśmy do mety. Jak dotarłem do hotelu, to cały się trząsłem. Pamiętam, że od razu wskoczyłem do wanny z gorącą wodą i nie wychodziłem z niej chyba ze 3 godziny!

Inne niebezpieczne sytuacje związane były ze zwierzętami...

W Wielkiej Brytanii, podczas wyścigu Milk Race, jeździliśmy przy pastwiskach. Jak konie i krowy zobaczyły kolorowy peleton, to natychmiast biegły w naszym kierunku. Chciały zobaczyć, co się dzieje. I robiło się niebezpiecznie. Podobnie było we Francji. Kiedyś jeden z koni przeskoczył przez płot i zaczął z nami galopować. Gnał przez długi odcinek trasy, do czasu, gdy przewrócił się na zakręcie. Pamiętam też inne zdarzenia. Jeździłem z wybitnym kolarzem, legendarnym Felice Gimondim. Akurat jego, nie wiadomo dlaczego, „pokochały” psy. Wielokrotnie wpadały mu pod koła i się wywracał.

Ja też miałem niezbyt przyjemną przygodę. Na jednym z wyścigów w moje przednie koło wpadła kura. To tak, jakby komuś w trakcie jazdy ktoś włożył kij w szprychy. Przewróciłem się i leżąc, widziałem wokół siebie tę kurę i mnóstwo krwi. Po chwili podjechał trener i się przeraził. Myślał, że krwawię, bo z wrażenia nie zauważył tej kury.

Takie sytuacje się zdarzają, ale mimo tego w kolarstwie dominują piękno, radość i sportowa rywalizacja.

I w Pańskim przypadku – zwycięstwa.

Nie byłoby ich bez marzeń. „Marzenia się spełniają. Trzeba marzyć i walczyć” – to moje motto życiowe. Uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Od małego potrafiłem sobie stawiać cele. Chciałem mieć rower wyścigowy, później być najlepszym w klubie, a potem w całej Polsce. Jak osiągnąłem ten cel, to marzyłem o zdobyciu medalu na mistrzostwach świata i na igrzyskach olimpijskich. Po zdobyciu olimpijskiego medalu chciałem zostać kolarzem zawodowym, a po zakończeniu kariery myślałem o takim wyścigu kolarskim w Polsce, który byłby zaliczany do najważniejszych wyścigów kolarskich świata. I to się udało!

Jaka jest recepta na sukces – oprócz marzeń?

Ciężka praca. Ja nauczyłem się jej na wsi. Tam się wychowałem. Mieliśmy gospodarstwo, w którym były świnie, kury i króliki. Gdy miałem 6-7 lat, pomagałem przy zwierzętach, w ogrodzie, przy wykopkach. Rodzice wychowywali mnie przez pracę, co potem przełożyło się na sport. Pamiętajmy, że kolarstwo jest bardzo trudne. W ciągu roku zawodowy kolarz przejeżdża ok. 40 tys. km. Łatwo się zniechęcić, odpuścić. Ja nie odpuszczałem, bo byłem od dziecka nauczony ciężkiej pracy. Do tego potrzebna jest również ambicja w osiąganiu celów. Wie Pan, co było moim pierwszym większym sukcesem?

Pierwsze mistrzostwo Polski? W kolarstwie torowym?

Nie, matura! Rzeczywiście jeździłem również na torze i zbliżały się mistrzostwa Polski, ale postanowiłem zdać maturę. Moi koledzy pojechali na zgrupowania, na treningi, a ja siedziałem w książkach. I zdałem. Jak pojechałem do Polskiego Związku Kolarskiego, szef szkolenia przywitał mnie słowami: „Ty jesteś wielkim zwycięzcą!”. W tym czasie wśród kolarzy nie było takich ambicji. Często nauka kończyła się na zawodówce. Z tego spotkania pojechałem do Łodzi na tor i... zdobyłem mistrzostwo Polski.

Czy w latach, w których Pan się ścigał, o wiele trudniej było odnieść sukces? Polscy kolarze niewiele chyba zarabiali, nie mieli też takiego sprzętu jak kolarze, którzy jeździli we Francji czy Włoszech.

To była inna epoka. Kiedy wyjeżdżaliśmy za granicę, to każdy starał się oszczędzać. Jeśli z takiego wyjazdu przywoziło się 5 dolarów, to było wydarzenie w całej rodzinie. Mówiono: „Boże! Tyle pieniędzy!”. Pamiętam, jak kiedyś w RFN z kolegami staliśmy przed wystawą sklepową. Staliśmy i staliśmy, patrząc na... jogurt. Przeliczaliśmy, czy możemy sobie na niego pozwolić. Jak któryś z chłopaków kupił coca-colę, to wszyscy stali dookoła niego i patrzyli, jak pije. Takie były czasy. Oczywiście, nagrody za zwycięstwa też były zupełnie inne. Medal, dyplom, jakiś kryształ. Podczas Wyścigu Pokoju zazdrościliśmy np. kolarzom z NRD, że po etapie szli do laboratorium i tam robiono im badania krwi, a potem korzystali z kroplówek; kolarze z ZSRR natomiast w czasie wyścigu wozili tubki z żelami, z jedzeniem. U nas było inaczej. Dostawaliśmy bułki z parówkami, a przed metą – bułki z dżemem i marmoladą. Po latach wspominam to z uśmiechem. Ale mam satysfakcję, że mimo takiego jedzenia, bez żadnego dopingu, bez niedozwolonych środków wywalczyłem tyle medali i mam na koncie tyle zwycięstw.

Na koniec powrócę do mało znanego wątku z Pańskiego życia. Niewiele osób wie, że jest Pan bardzo mocno związany z Jasną Górą...

I to od początku mojego istnienia! Moja mama, gdy była w ciąży, pojechała na Jasną Górę i tam zawierzyła moje życie Matce Bożej. W Kaplicy Cudownego Obrazu oddała mnie w Jej opiekę. Jasna Góra to dla mnie kochane miejsce. Gdy przejeżdżam koło Częstochowy, to zawsze chcę skręcić na Jasną Górę. Nie zawsze jest to możliwe, ale staram się tam jeździć i modlić się w kaplicy.

Kiedyś powiedział Pan: „Zawsze byłem blisko Boga”...

Bo taka jest prawda. Teraz im człowiek jest starszy, tym bardziej wierzy. Jak byłem mały, wiara opierała się na nakazach i zakazach. Mówiono, że jak czegoś nie zrobię, jak będę kłamał, to pójdę do piekła. Nieraz z obawą patrzyłem w niebo, bo myślałem, że Bóg, który wszystko widzi, za chwilę mnie złapie i ukarze. Później, gdy człowiek dojrzewa, wiara staje się bardziej świadoma. Uzmysławiamy sobie, że Boga nie musimy daleko szukać, bo przecież On jest w nas. Czytając Pismo Święte, odkrywamy, że jest nieskończenie miłosierny. Nieskończenie, to znaczy, że może każdemu wszystko wybaczyć. To takie wspaniałe! To mnie motywuje do robienia pięknych rzeczy, do dobrych uczynków.

Czesław Lang
polski kolarz torowy i szosowy, wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista szosowych mistrzostw świata. Obecnie działacz sportowy, organizator Tour de Pologne UCI World, Tour de Pologne Amatorów, Skandia Maraton Lang Team oraz Tauron Lang Team Race

2021-08-03 11:46

Wybrane dla Ciebie

Nowenna do Matki Bożej rozwiązującej węzły!

Obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły

Wiesław Podgórski

Obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły

Zachęcamy do odmawiania Nowenny do Matki Bożej rozwiązującej węzły. Już od dziś poświęć kilka minut w Twoim życiu i zwróć swą twarz ku Tej, która zdeptała głowę szatanowi.

Więcej ...

Benedykt XVI: negowanie natury człowieka prowadzi do samozniszczenia

2021-09-16 20:53
Benedykt XVI

Vatican News/AFP

Benedykt XVI

Również człowiek ma naturę, która została mu dana. Jej naruszanie bądź negowanie prowadzi do samozniszczenia – ostrzega Benedykt XVI w refleksji na temat konsekwencji przemian, jakie zachodzą w pojmowaniu małżeństwa i rodziny.

Więcej ...

Pieśń o Zuzeli

2021-09-16 19:40

Paweł Wysoki

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

Podziękuj Bogu za drugą, trzecią i kolejną szansę,...

Wiara

Podziękuj Bogu za drugą, trzecią i kolejną szansę,...

Ona wskaże drogę

Kościół

Ona wskaże drogę

O. Leon Knabit: Jeszcze raz o kobietach i mężczyznach

Wiara

O. Leon Knabit: Jeszcze raz o kobietach i mężczyznach

Andrea Tornielli: nowe spojrzenie na spowiedź, sakrament...

Kościół

Andrea Tornielli: nowe spojrzenie na spowiedź, sakrament...

Amy Brooks: Bóg nie popełnia błędów i ja także nim...

Wiara

Amy Brooks: Bóg nie popełnia błędów i ja także nim...

Jak uciekałam z World Trade Center

Wiadomości

Jak uciekałam z World Trade Center

Bilokacja – czym jest i kto może jej doświadczyć?

Wiara

Bilokacja – czym jest i kto może jej doświadczyć?

Oferta programowa TVP z okazji beatyfikacji Prymasa...

Wiadomości

Oferta programowa TVP z okazji beatyfikacji Prymasa...

Tutaj Matka Boża mówiła po polsku

Sanktuaria

Tutaj Matka Boża mówiła po polsku